KRS: 0000142952 | Nr konta: 97 1050 1025 1000 0022 3887 9981

Stypińska Katarzyna

Podopieczny Fundacji od 15.01.2018
porażenie splotu ramiennego
Katarzyn astypińska, Fundacja Otwarte Ramiona; www.otwarteramiona.pl
Katarzyna Stypińska, Fundacja Otwarte Ramiona; www.otwarteramiona.pl

Katarzyna Stypińska

Stypińska Katarzyna jest podopieczną Fundacji Otwarte Ramiona.

Mam na imię Kasia. Mam 35 lat. Piąty listopada 2016 roku. był najpiękniejszym dniem w moim życiu. Tego dnia zostałam żoną najwspanialszego mężczyzny na świecie. Wtedy też poczułam, że nic już więcej mi do szczęścia nie brakuje. Poznaliśmy się w lipcu 2009 roku i od tamtej pory, mimo wielu przeciwności, byliśmy nierozłączni.

Mariusz był dla mnie wszystkim, najlepszym przyjacielem, kimś kto nigdy nie pozwalał mi się poddawać i wspierał mnie w każdej sytuacji. Niestety w dniu 07.08.2017 r moje życie w jednej chwili legło w gruzach. Ja i mój mąż ulegliśmy bardzo poważnemu wypadkowi. Jechaliśmy motocyklem z Redy do Wejherowa. Po przeciwległym pasie ruchu jechał samochód dostawczy, który wykonując manewr zawracania wjechał na nasz pas nie ustępując nam pierwszeństwa. Nie było szansy na wyhamowanie ani na wykonanie jakiegokolwiek manewru zapobiegającemu zderzeniu. I stało się to czego w życiu bym się nie spodziewała. Mój ukochany mąż zginął na miejscu a mnie przewieziono do szpitala w Wejherowie.

W szpitalu powiedziano mi, że mój mąż nie żyje.

Nie przyjmowałam tej informacji do siebie. Na drugi dzień podeszła do mojego łóżka pielęgniarka i zapytała, czy chcę poinformować kogoś z rodziny. Mając chwilowy przebłysk świadomości poprosiłam o wybranie numeru do mojej mamy. Pielęgniarka wybrała numer i podała mi telefon.

Jedyne co mogłam wtedy powiedzieć to, że mieliśmy wypadek i Mariusz nie żyje. Później moja mama i mój brat opowiadali mi, że kiedy przyjechali do mnie prosiłam ich, żeby zawiadomili Mariusza, że jestem w szpitalu. Sama też próbowałam się do niego dodzwonić, ale telefon milczał. Nie wiedziałam już co jest prawdą. Nie dopuszczałam do siebie koszmarnej rzeczywistości. Przez pierwsze 3-4 dni nie byłam świadoma tego co dzieje się ze mną i wokół mnie. Jedyne co słyszałam od lekarza prowadzącego to to, że mój stan jest bardzo ciężki i że miałam dużo szczęścia.

Podczas pobytu w szpitalu ja i moja rodzina byliśmy traktowani jak zło konieczne. Kiedy powoli zaczęłam odzyskiwać świadomość i zadawać pytania o to co mi dokładnie jest i dlaczego nie mam czucia w ręku, nie mogłam uzyskać żadnej konkretnej informacji. Nikt mi nie powiedział jakie są rokowania, jak ma wyglądać dalsze leczenie. Lekarz prowadzący mówił jedynie, że jestem ciężkim przypadkiem.

W szpitalu zostałam zaopatrzona tylko w kołnierz ortopedyczny, który wyrządził mi sporo ran, po których pozostały mi blizny z przodu i z tylu na barkach. Założono mi również gips na lewą rękę.

Dopiero po trzech dniach wykonano mi rezonans splotu barkowego. Wynikało z niego, że mam wyrwane korzenie nerwów rdzeniowych c8, th1, podejrzenie uszkodzenia pnia współczulnego po stronie lewej i stłuczenia rdzenia kręgowego c5, c7.

Informowałam lekarzy, że strasznie bolą mnie kolana oraz stopa. Odbyła się konsultacja ortopedyczna, po której wykonano prześwietlenia, ale nie otrzymałam żadnej informacji o tym, co wykazały wykonane badania. Wielokrotnie pytałam się co z moim nosem, czy nie jest złamany, ponieważ widziałam, że nie jest taki jak zawsze. Jedyną odpowiedź jaką uzyskałam to to, że nos na pewno nie jest złamany i że tamponada, którą miałam założoną była spowodowana jedynie krwotokiem.

W piątek (5 dzień pobytu w szpitalu), prosiłam lekarza prowadzącego, aby wypuścił mnie na przepustkę w celu uczestniczenia w pogrzebie mojego męża, który odbywał się w sobotę. Było to dla mnie bardzo ważne. Chciałam się pożegnać z moim Mariuszem. Odpowiedziano mi, że mogę się wypisać ze szpitala na własne żądanie, ale jeżeli to zrobię to nie będę miała powrotu i nie uzyskam dalszego leczenia. Mając świadomość, że mój stan jest ciężki pozostałam w szpitalu z nadzieją, że otrzymam jakąś pomoc.

W sobotę rano przyszła do mnie pielęgniarka i pozwoliła mi skorzystać z osobnej sali, abym mgła uczestniczyć w spokoju, w pogrzebie mojego męża, dzięki połączeniu internetowemu z telefonem mojego brata.

W poniedziałek rano usłyszałam od lekarza na obchodzie, że wychodzę do domu, ponieważ oni nie są w stanie nic więcej dla mnie zrobić i nie ma sensu abym przebywała na oddziale chirurgii ogólnej. Wypisano mnie jednak w czwartek, po 10 dniach, w bardzo złym stanie fizycznym i psychicznym.

Nie pokierowano mnie i nie udzielono żadnych informacji co robić dalej.

Poczułam się jak wyrzucony pies. Wróciłam do domu. Nie do mojego, który dzieliłam z moim mężem. Musiałam zamieszkać z mamą, ponieważ sama nie byłam i nie jestem w stanie sobie poradzić w najprostszych czynnościach.

Zaczęłam szukać pomocy na własną rękę u innych lekarzy (neurolog, ortopeda, chirurg, laryngolog, neurochirurg, okulista, psychiatra i psycholog).

Ze względu na długie terminy u lekarzy z NFZ-tu większość wizyt odbywała się prywatnie.

Badania TK, rezonanse, USG, prześwietlenia ukazały obrażenia, które nie zostały ujęte w wypisie ze szpitala w Wejherowie. Z tych badań wynikało, że mam pęknięte śródstopie, połamany łuk żebrowy, połamany nos, krwiaki z wodą w kolanach.

Wszyscy lekarze, którzy mnie badali byli zszokowani, że z takimi obrażeniami zostałam tak szybko wypisana ze szpitala i pozostawiona samej sobie. Według neurochirurga, który obecnie mnie prowadzi, powinnam zostać przewieziona ze szpitala w Wejherowie do Akademii Medycznej w Gdańsku na oddział traumatologii. Niestety tak się nie stało.

10.10.2017 roku dostałam się na konsultację we Wrocławiu, do profesora Goska, który operuje sploty barkowe. Wyznaczono mi termin operacji na 23.11.2017 roku.

Zostałam przyjęta na oddział, ale 26.11.2017 r. okazało się, że nie mogę być operowana z powodu braku zrostu kłykcia potylicznego (szyja).

Prof. Gosk obiecał mi, że jak tylko szyja będzie zrośnięta i wyrehabilitowana, będę operowana. 15.01.2018r. odebrałam wyniki TK i rezonansu. Szyja była już zrośnięta. Pełna nadziei wróciłam do Wrocławia. Niestety moja radość długo nie trwała. Profesor Gosk wyznaczył mi termin dopiero za pół roku. Dla mnie tak odległy czas jest jak wyrok.

Moja ręka umiera z każdym dniem, tracę mięśnie mimo ciężkiej i codziennej rehabilitacji, moje stawy sztywnieją. Czas gra na moją niekorzyść.

Wskutek wypadku, moja lewa ręka od barku w dół jest całkowicie bezwładna i pozbawiona czucia. Niestety pomimo ciągłej intensywnej rehabilitacji, bólu, łez i codziennego cierpienia, aby utrzymać rękę w jak najlepszej formie, nie widać żadnych rezultatów.
Z każdym dniem w mojej ręce zanikają mięśnie i sztywnieją stawy. Nawet do zwykłych codziennych czynności potrzebuję pomocy osób trzecich.
Jedyną nadzieją na poprawę tego stanu jest bardzo skomplikowana i ciężka operacja, która polega na przeszczepie nerwów i mięśni. Może ją wykonać dr. med. Jörg Bahm. Operacja jest bardzo kosztowna (ok. 90 tys. zł). Niestety nie stać mnie na nią.

Operacja jest bardzo ciężka i skomplikowana operacja, która polega na przeszczepieniu nerwów i mięśni. Ale to nie wszystko. Po operacji czeka mnie kilkuletnia rehabilitacja. Zacznie się moja walka o powrót sprawności w ręce. 14 marca 2018 roku mam wyznaczoną konsultacje u dr. Jorg Bahm, są bardzo duże szanse na to że zostanę od razu w klinice na operację.

Mam ogromne wsparcie w mojej mamie i córce. Niestety to nie wystarczy, dlatego zwracam się o pomoc do wszystkich ludzi o dobrych sercach. Pokładam wielką nadzieje, że wspólnie z Wami uda mi się zebrać potrzebną kwotę i zacząć prawdziwą walkę o powrót do zdrowia.

Stypińska Katarzyna

Katarzyna Stypińska

Straciłam najważniejszą osobę w moim życiu, mojego najdroższego męża. Wraz z nim odeszła chęć do życia. Ale dziś już wiem, że nie mogę się poddać. Mariusz chciałby, żebym walczyła.
Przez mój stan zdrowia nie mogę wrócić do pracy. Jedynym moim źródłem utrzymania jest zasiłek rehabilitacyjny.
W tej chwili jedyne o co walczę i na czym mi zależy to jak najszybsza operacja i powrót do zdrowia – to moje marzenie. Dzięki Wam jest to możliwe.
Możecie mi pomóc 🙂
Sprawicie mi ogromną radość i dacie nadzieję na poprawę mojej sprawności oraz powrót do normalnego funkcjonowania w życiu codziennym. Głęboko wierzę, że jest wielu ludzi o otwartych sercach, którzy zechcą mnie wesprzeć przysłowiową „złotówką”. Jest nas dużo i dużo takich złotówek może uratować moją rękę. Bardzo liczę na Waszą pomoc i z góry dziękuję za każdy grosik.
Mam nadzieję, że dzięki Waszemu wsparciu ręka wróci chociaż do częściowej sprawności i będę mogła np. sama podrapać się po … głowie 😀

Dziękuję z głębi serca. Pozdrawiam Was wszystkich 🙂 Kasia

www.dziennikbaltycki.pl

www.nadmorski24.pl


Informujemy, że osoba fizyczna oraz spółki osobowe jako darczyńcy dokonujący darowizny na rzecz fundacji mogą odliczyć do 6% osiągniętego dochodu w stosunku rocznym, a osoby prawne do 10% dochodu. Przekazując darowiznę na konto Fundacji pomożesz dzieciom z uszkodzonym splotem ramiennym.