Podziel się

Nie tylko medycyna. O cierpieniu, nadziei i duchowości w leczeniu bólu.

Do rozmowy o leczeniu bólu, opiece nad pacjentami przewlekle chorymi i roli duchowości w tym procesie zaprosiliśmy dr. n. med. Macieja Klimasińskiego (MK) – anestezjologa, specjalistę leczenia bólu przewlekłego. Na co dzień zajmuje się on zarówno farmakoterapią, jak i wykonywaniem zabiegów (m.in. blokad), a jednocześnie interesuje się tematem opieki duchowej w medycynie.

Wywiad poprowadziła Katarzyna Malinowska (OR) – psycholożka, mediatorka i wolontariuszka Otwartych Ramion Fundacji Splotu Ramiennego. Na co dzień wspiera osoby z bólem przewlekłym, prowadząc grupę wsparcia.

 

_______________________________________________________________________________

OR: Panie doktorze, co skłoniło Pana do specjalizacji w kierunku leczenia bólu? Czy to w ogóle jest specjalizacja w Polsce?

MK: Właśnie chciałem to uściślić – nie do końca. Jest anestezjologia i intensywna terapia jako specjalizacja i ona ma w swoim programie dużą informację na temat leczenia bólu. Praca na bloku operacyjnym czy znieczulanie pacjentów na intensywnej terapii wiąże się z używaniem silnych leków przeciwbólowych, więc anestezjolodzy chętnie pracują w poradniach leczenia bólu, ale nie ma takiej osobnej specjalizacji. Właściwie wielu lekarzy może pracować w tej poradni, ten kto chce może się tym zająć.

 

OR: A dlaczego Pan Doktor wybrał właśnie pracę w poradni leczenia bólu?

MK: Dlaczego ja się akurat chciałem zająć? Mam dwie teorie na ten temat, dlaczego tak było. Jedna – że po prostu w czasie studiów poznałem lekarzy, którzy się tym zajmowali i mnie to zainspirowało, zafascynowało, że jest to coś wartego rozwoju. Też jak pacjent na przykład powie, że “Panie doktorze, bolało mnie przez pięć lat, a teraz boli mnie znacznie mniej albo w ogóle”, to jest bardzo budujące dla lekarza. Więc albo tak było, że byłem świadkiem tych momentów, spotkań i podświadomie w sobie to rozwinąłem, albo po prostu zostałem stworzony przez Boga po prostu do tego, żeby to robić. I tak jest moje przeznaczenie i ja je wypełniam. Czy to jest takie powołanie? Może.

 

OR: Czyli mówi Pan, że to takie powołanie. Jak w takim razie zaczęło się zainteresowanie znaczeniem opieki duchowej w medycynie?

MK: Jak byłem dzieckiem to jeździłem na tak zwane oazy, czyli takie rekolekcje dla dzieci i dla mnie osobiście to były bardzo ważne momenty spotkania z czymś niematerialnym i prawdziwym. Zacząłem zachęcać innych moich znajomych, żeby również pojechali na takiego typu wyjazd, albo żeby również rozwijali się w kierunku duchowym – ogólnie tak mówiąc. Bo mi samemu to dawało dużo szczęścia i to szczęście chcę też znajdować tutaj (w hospicjum –

przyp. red.).Mam wrażenie, że brakuje trochę tego tematu w takiej codziennej pracy z osobą cierpiącą.

 

OR: A jak pacjenci reagują na poruszanie przez lekarza takiej tematyki duchowości? Bo rozumiem, że nie wszystkie reakcje są takie czysto pozytywne?

MK: Tak. Ja musiałem się nauczyć od zera, jak ten temat rozwijać, że nie należy od razu go poruszać. Zaczynam tę rozmowę na bardziej ogólny temat, czy może na temat tego, co oprócz leków może pomagać pacjentowi. I wtedy stopniowo dochodzę do tego tematu duchowości i stawiam takie pytanie: Czym dla Pani jest życie duchowe? – na przykład. I część pacjentów odpowiada na przykład: “Jestem osobą wierzącą i chcę rozwijać ten temat”, a część osób reaguje trochę obronnie,że “Ja nie mam nic wspólnego z Kościołem, ale poszukuję sensu życia w inny sposób”. I wtedy ta rozmowa się toczy. Nie stawiam żadnych takich ultimatum, tylko ja jestem pół kroku za tym pacjentem i zadaję mu pytanie – i on wtedy może opowiadać o swoim życiu po prostu.

 

OR: A czy są osoby, które mówią, że to jest moja sfera prywatna, nie chcę o tym rozmawiać?

MK: Zdarzyła mi się jedna taka pacjentka, która mimo, że bardzo delikatnie próbowałem ten temat rozwinąć i naprawdę w moim przekonaniu się nie narzucałem, to po którymś razie mi powiedziała wprost, że to jest dla niej bardzo osobista sprawa i że nie chce, żebyśmy o tym rozmawiali. Co oczywiście zaakceptowałem i uszanowałem. Na wszystkich moich pacjentów pamiętam tylko ten jeden przypadek.

 

OR: Okej, czyli to też nie jest takie częste. Jestem, powiem Panu, pozytywnie zaskoczona, że jesteśmy tak otwarci na rozmowy o duchowości jako społeczeństwo.

MK: Właśnie jeżeli to się robi w taki delikatny sposób, od razu pokazaniem dlaczego ja o to pytam, do czego możemy tutaj dążyć w tym temacie, to ta rozmowa naturalna.

 

OR: Myślę, że też bardzo ważne jest zbudowanie dobrej relacji z pacjentem.

MK: To nawet można powiedzieć, że jest pewnym narzędziem do zbudowania tej relacji. Jeżeli ja uważam, że pozytywna relacja z pacjentem jest czymś, co temu pacjentowi może poprawić jakość życia, pomóc mu radzić sobie z bólem, no to mogę sobie postawić taki cel, że chciałbym z każdym pacjentem zbudować tę pozytywną, przyjazną i wspierającą relację w trakcie wizyty. Jeśli to służy pacjentowi, to warto to robić, a można to osiągnąć poprzez zainteresowanie się życiem tej osoby. No a życie nie składa się tylko z bólu i tylko z leczenia tabletkami, tylko życie się składa z różnych rzeczy. Więc ja właśnie o to chcę pytać pacjentów. Czym się zajmują na co dzień? Jakie mają historie? I wtedy ten temat duchowości albo się pojawia sam, albo ja też stawiam takie dodatkowe pytanie o duchowość, żeby poznać z kim mam do czynienia. Ludzie mają różne tradycje, różne religijności, różne pozareligijne doświadczenia. Niektórzy pacjenci mówią np. o muzyce, że ich życiem jest muzyka, że dla nich to doświadczenie transcendentne jest wtedy, gdy oni słuchają albo tworzą muzykę, że wtedy nie czują bólu nawet w tym momencie. Ten ból jest tam, ale ta muzyka jest dla nich czymś tak pięknym, że oni na chwilę zapominają.

 

OR: Czyli też wypytuje Pan szerzej o pasje, o takie rzeczy, które stanowią jakiś cel, sens, istotę życia pacjenta?

MK: Tak, dokładnie tak. Oczywiście postawienie wprost takiego pytania pacjentowi, czy mógłby Pan powiedzieć jaki jest sens Pani życia na przykład, to stawia za bardzo pod ścianę tego pacjenta i może być takie zbyt intruzywne właśnie. Więc do tego też potrzebne są umiejętności takie psychologiczne czy komunikacji interpersonalnej, której trzeba się osobno nauczyć. I czytanie też na bieżąco tego pacjenta, jego języka pozawerbalnie, jego reakcji, jak on reaguje na to, czy on chce ten temat kontynuować, to jest podstawowa rzecz.

 

OR: I też umiejętność zadawania odpowiednich pytań.

MK: Tak, to ja pracuję nad tym cały czas, można powiedzieć. Od dziesięciu lat, na podstawie różnych spotkań, konferencji, wykładów, książek, artykułów, ja sobie te pytania przygotowuję, które mógłbym zadać pacjentowi, bo naprawdę mnie to interesuje. Co na przykład któryś pacjent by powiedział na takie pytanie?

 

OR: A proszę powiedzieć, czy duchowość to to samo co religijność i jak pan to rozróżnia?

MK: To jest bardzo ważne pytanie i trzeba do tego powracać, bo opieka duchowa, można tak najprościej powiedzieć, czy wsparcie duchowe. To jest odpowiedź na potrzeby duchowe pacjenta. Jeżeli pacjent przychodzi, ma potrzeby duchowe i my staramy się na nie odpowiedzieć, no to właśnie robimy opiekę duchową. Każdy pacjent ma inne te potrzeby. Niektórzy pacjenci wyrażają swoją duchowość poprzez religijność, poprzez uczęszczanie na nabożeństwa, korzystanie z jakichś religijnych książek czy Pisma Świętego. Niektórzy pacjenci w ten sposób spełniają tę potrzebę kontaktu z siłą wyższą, potrzebę adaptacji do swoich warunków codziennych, właśnie określania swojego sensu życia czy szukania sensu też w swoim doświadczeniu i cierpieniu. Natomiast inni pacjenci będą to robić w inny sposób. Nie poprzez religię, ale poprzez inną drogę. I ta droga jest dla mnie równie interesująca. Można powiedzieć, że nie jest ani lepsza, ani gorsza. Jest po prostu odmienna i również ciekawa.

 

OR: Bardzo dziękuję za wyjaśnienie tej różnicy. Myślę, że ważne, żeby to podkreślić, że osoba która nie przynależy do żadnej religii też ma swoje potrzeb duchowe. A wróćmy do tematu samego bólu chronicznego. Jakie są w ogóle dla lekarza największe wyzwania w leczeniu takiego bólu przewlekłego?

MK: No właśnie największym wyzwaniem jest to, że niestety na chwilę obecną ból, który trwa wiele miesięcy, prawdopodobnie będzie trwał bardzo, bardzo długo. Możliwe, że będzie trwał do końca życia. I niektórzy pacjenci trochę już o tym słyszeli, ale do końca mają nadzieję, że uda się znaleźć jakiś lek, jakąś terapię, która ten ból wyeliminuje do zera. I gdy słyszą ode mnie, że ja bym bardzo chciał, żebyśmy to osiągnęli. Naprawdę życzę tego pacjentowi i razem z nim poszukujemy tej możliwości, ale bardzo często jest tak, że takiej możliwości nie ma. Są pewne leki, terapie, które mogą ten ból znacznie zmniejszyć, które same w sobie są obciążeniem. Te terapie, leczenie i te wizyty – to samo też wpływa na jakość życia tego pacjenta, ale powiedzmy, że jeżeli ten pacjent wszystko będzie robił, co jest zalecone, to jego ból może być bardzo mały. No ale to już słychać, jaki to jest wysiłek i ile to może kosztować

tego pacjenta. Także jego życie jest już na zawsze zmienione. I ja chcę mu towarzyszyć w tym. Też w tej drodze adaptowania się do tej nowej informacji, do nowego stylu życia.

 

OR: A jak duchowość może pomagać w właśnie takim godzeniu się z tym losem cierpienia i tą wizją, że ten ból nie ustąpi?

MK: Dużo nad tym myślałem i doszedłem do takiego wniosku, że są dwie drogi. Jeżeli dla osoby duchowość przed zachorowaniem była źródłem spełnienia i nadziei na szczęście i potem ta osoba zachorowała – to może być tak, że ona jest w stanie wykorzystać ten zasób do przezwyciężania rozpaczy, która wiąże się z nieuleczalną chorobą. A może być jednak tak, że pomimo, że wcześniej korzystała z religijności albo z jakiegoś innego rodzaju duchowości, to z powodu choroby ona przewartościowuje całkowicie swoje życie. I mówi na przykład: “No wydaje mi się, że jednak Bóg nie istnieje”. Może tak być. A może też być w drugą stronę – że osoba, która przed zachorowaniem nie poświęcała swojej uwagi rozwojowi duchowemu, no bo nie każdy to robi – to właśnie z powodu choroby zatrzymała się nad tymi pytaniami egzystencjalnymi. Nad pytaniami na temat tego, czy jest jakaś rzeczywistość duchowa, co może czekać człowieka po śmierci. I pod wpływem choroby tą duchowość rozwija. i dochodzi do wartościowych dla niej odpowiedzi.

 

OR: To kojarzy mi się trochę z wzrostem potraumatycznym, prawda? Z takim intensywnym rozwojem wskutek jakiegoś trudnego wydarzenia, takiego traumatycznego, które zmienia całkowicie życie.

MK: Tak, to właśnie bym widział jako cel tego wsparcia duchowego, żeby pomóc pacjentowi znaleźć rozwój i wzrost pod wpływem tego, co go spotkało. Przychodzi do lekarza i mówi: “Proszę uleczyć mój ból, proszę mi dać plaster.” A ja zamiast tego mówię: “Proszę znaleźć wartość w swoim cierpieniu”. To jest tylko przykładowa ilustracja – bo oczywiście takie słowa mogłyby wywołać reakcję absolutnego sprzeciwu. Pacjent nie przychodzi przecież po to, żeby ktoś go zachęcał do życia z cierpieniem, tylko żeby się tego cierpienia pozbyć. Dlatego nie mogę powiedzieć mu, że „teraz będziemy razem szukać wartości w życiu z cierpieniem”. Brzmiałoby to tak, jakbym nie chciał mu pomóc, trochę jakbym nie dążył do tego, żeby się wyleczył. Tak jak mówiłem na początku – proces wsparcia duchowego jest stopniowy. On nigdy nie wypełnia się już na pierwszej wizycie, tylko jest sygnalizowany w miarę pogłębiania naszej relacji.

 

OR: Myślę sobie też o tym, że nie do końca wiadomo, kto zrobi ten progres i kto wyleczy się z bólu, a kto nie, bo też wśród tych pacjentów zapewne są osoby, tak jak Pan zresztą mówił na samym początku, które mówią, pięć lat mnie bolało, a nagle ten ból odszedł.

MK: No tak, tylko jeżeli mamy na myśli pacjentów nowotworowych albo z jakąś chorobą, która trwa i może zostać w jakiś sposób wyleczona albo może minąć, albo może być zoperowany ten pacjent, to będziemy poświęcać całą naszą energię na to, żeby to zrobić, żeby go wyleczyć. Tak naprawdę można by zrobić dwie poradnie. Jedną poradnię dla pacjentów, którzy mają takie rokowanie, że ich choroba może ustąpić. A drugą poradnię dla tych pacjentów, którzy już pomimo wyczerpania wszystkich możliwości dalej cierpią. I wtedy mógłby być taki podział. Ale ponieważ to jest ludzki organizm i nie zawsze można powiedzieć, czy ten pacjent akurat jest tym, który się tylko da wyleczyć, czy nie. no to z tego powodu należy te dwa podejścia naraz stosować. Zresztą ja pracuję od 13 lat i w tym czasie już się pojawiły terapie, których nie było wcześniej w ogóle.

 

OR: Ostatnio nawet we Wrocławiu przecież przełomowa rehabilitacja pacjentów po urazach rdzenia kręgowego. Kondycja, którą wcześniej uważało się za już zupełnie nieuleczalną. To chyba taki największy przykład czegoś, co na pewno nie minie. Paraliż.

MK: Dokładnie. Więc nawet oprócz tego, że są wynajdywane nowe substancje lecznicze, to nawet protezowanie czy taka pomoc dla osób z niesprawnością w codziennym funkcjonowaniu – nawet te urządzenia do pisania czy do mówienia dla osób po udarze, to jest tak niesamowity rozwój technologiczny, że często te osoby mogą funkcjonować w miarę normalnie.

 

OR: A proszę powiedzieć – jak w ogóle w Polsce to wygląda? Jak wygląda zintegrowanie tej opieki duchowej z naszym systemem medycznym. Czy Pan jest jedynym takim lekarzem, który tak działa, czy to jest większe zjawisko?

MK: Nie, jest Polskie Towarzystwo Opieki Duchowej, które zostało założone w 2015 roku. Ta działalność w Polsce trwa więc już od dłuższego czasu. Trudno mi jednak wypowiadać się w skali ogólnopolskiej – czy istnieją jednolite zalecenia, wytyczne albo oficjalne publikacje. Publikacje naukowe oczywiście są. Natomiast jeśli chodzi o zalecenia, to niedawno pojawił się standard akredytacji dla szpitali. Opieka duszpasterska w Polsce istniała od bardzo dawna – właściwie od niepamiętnych czasów. Ksiądz był zawsze osobą wspierającą chorych. Z mojej perspektywy to było oczywiste. Natomiast nowością jest właśnie wspomniany standard akredytacyjny określany jako „opieka duchowa”. Polega on na wspieraniu pacjentów w cierpieniu, w żałobie i w zmaganiu się z poważnymi objawami w sferze duchowej – ale nie religijnej. To rzeczywiście pewna zmiana i można powiedzieć, że bardzo pozytywna.

 

OR: I na zakończenie chciałbym zapytać: co daje Panu ta praca z pacjentami mocno cierpiącymi i jak radzi Pan sobie na co dzień z jej ciężarem? Co sprawia, że ma Pan siłę, by pozostawać wciąż tak samo zaangażowanym?

MK: Powiem to w taki sposób: o ile praca na bloku operacyjnym – znieczulanie pacjentów – również daje satysfakcję. Pacjent przyjeżdża na operację, ja jako anestezjolog go znieczulam, później wybudzam i mam poczucie dobrze wykonanej pracy. Podobnie w poradni leczenia bólu – pacjent przychodzi na blokadę albo inny zabieg, który zmienia przewodnictwo w nerwach i sprawia, że ból ustępuje. Zabieg zostaje wykonany, pacjent jest zadowolony, a ja odczuwam satysfakcję tego rodzaju. Ale jest jeszcze inny poziom satysfakcji, który – moim zdaniem – dostępny jest tak naprawdę tylko w opiece paliatywnej. Wtedy spotykam pacjenta, który w pewnym sensie odzwierciedla także moją własną przyszłość i w ogóle kondycję ludzką. Taki pacjent doświadcza bólu totalnego – związanego na przykład z okresem umierania albo zmaganiem się z chorobą nieuleczalną. Jeśli poprzez budowanie relacji, rozmowę o duchowości i podejście holistyczne mogę spotkać się z nim w tym obszarze, w którym on odnajduje nadzieję – ale inną niż nadzieja na wyleczenie – to jest to doświadczenie transcendentne. Zarówno dla pacjenta, jak i dla mnie. To spotkanie staje się dla mnie duchowym rozwojem. To jest coś, czego kiedyś mogłem doświadczać jedynie jako dziecko w świątyni, a dziś odczuwam podobne przeżycie tutaj – i jest to więcej niż zwykłe uczucie. To kontakt z sacrum, z czymś naprawdę świętym. I to właśnie człowiek cierpiący staje się źródłem tego doświadczenia – bo on wiele mi daje. Uczę się od niego, jak radzić sobie z ograniczeniami, jak żyć i jak pozostać człowiekiem mimo cierpienia. I to jest coś zupełnie wyjątkowego.

 

OR: To niezwykle piękne słowa Panie doktorze. Bardzo dziękuję za tę inspirującą rozmowę.

MK: Ja również bardzo dziękuję.