Nazywam się Sławek. Do 2 maja 2025 roku byłem człowiekiem pełnym energii, pasjonatem życia i sportu. Jeden ułamek sekundy na drodze zmienił wszystko. Świat zgasł na dwa dni, a kiedy się obudziłem, nic już nie było takie samo. Mój lewy bark, który wcześniej pozwalał mi realizować pasje i pracować, teraz stał się niesprawny.
Diagnoza brzmiała, że uszkodzeniu uległy nerwy odchodzące od pnia górnego splotu ramiennego – w tym nerw nadłopatkowy, pachowy i mięśniowo‑skórny. Badanie wskazuje na ciężkie uszkodzenie typu aksonotmesis, MRI wskazuje na awulsję, co oznacza przerwanie włókien nerwowych. Do tego złamana czaszka, stłuczenie mózgu, które zostawiło trwałe ślady, oraz niedosłuch, z którym borykam się do dziś. Poza tym cały czas mam szumy i piski w uchu, przez co nie mogę dobrze spać i w pełni funkcjonować.
Ale to nie wyniki badań bolą najbardziej. Najbardziej boli bezsilność. To uczucie, gdy moi synowie patrzą na mnie, chcą się bawić, a ja nie mogę. Gdy widzę wzrok ludzi na ulicy, gdy ktoś rzuca niewybredny żart z mojego kalectwa lub uporczywie wpatruje się w moją bezwładną rękę. Widzę, jak moje mięśnie znikają, jak ciało staje się asymetryczne, a ja – z silnego mężczyzny, oparcia dla rodziny – staję się osobą wymagającą pomocy.
Nie poddałem się. W październiku 2025 roku przeszedłem skomplikowaną operację transferu pęczków nerwów w Zgierzu. To była moja szansa. Teraz walczę o to, by impuls z mózgu znów dotarł do mięśni. Każde mrowienie, każdy drobny skurcz to dla mnie jak zdobycie szczytu ośmiotysięcznika. Moja dłoń jest sprawna – to fundament, na którym chcę odbudować resztę ręki. Mój cel jest prosty, a zarazem ogromny. Chcę znów samodzielnie zgiąć łokieć. Chcę unieść bark. Chcę przestać być „tym niepełnosprawnym”.



